Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 września 2017

Majorka czyli trip 2017

Jak śpiewał w latach 90-tych zespól Loft:  "Mallorca, extasy and motion, oh oh oh 
That's Mallorca...
Mallorca, feel the good vibration, oh oh oh 
That's Mallorca 
Nie można się nie zgodzić, że dobre wibracje, ekstaza i ruch to kwintesencja Majorki. Pokochałam tę wyspę za różnorodność. Każdy może znaleźć tu coś dla siebie. Fani imprezowania znajdą kluby tętniące muzyką. Fani spokojnego wypoczynku ( jak my ) znaleźć mogą ciszę i błogi spokój. Szczególnie środek wyspy zachował swój pierwotny kształt. Nacieszyć oczy możemy urokliwymi wioskami, gajami oliwnymi, wiatrakami. Najlepszym sposobem zwiedzania wyspy jest wypożyczenie samochodu, dlatego na nasz dwunastodniowy pobyt wypożyczyliśmy citroena Cactusa. Mobilni i spragnieni przygód objechaliśmy Majorkę wzdłuż i w szerz. 

Moją relację z wakacji zacznę od naszego subiektywnego rankingu najpiękniejszych plaż. Rozpoczyna go plaża Cala Figuera (odwiedziliśmy ją w drodze na przylądek  Formentor. Droga do przylądka to ponad 10 km serpentyn. Niestety w sezonie wakacyjnym łączy się również  z ogromnymi korkami.)
Choć zejście do plaży jest dość strome to warto. Przepiękny turkus morza Śródziemnego oszołomi nasze oczy. 



Kolejną przepiękną plażą jest Cala Blanca. Usytuowana w pobliżu miejscowości Camp de Mar (południowo- zachodnia części Majorki)



Mieszkaliśmy w cudownej miejscowości Ariany w przepięknym apartamencie, (klimatyzowane dwa pokoje, łazienka oraz aneks kuchenny wyposażony w piekarnik, płytę ceramiczną, zmywarkę i pralkosuszarkę- pierwszy raz wracałam z urlopu z czystymi ubraniami ) Właściciel obdarowywał nas codziennie wspaniałościami ze swojego ogrodu ( pomidory, figi, granaty oraz cytryny ) Gospodarz wynajmuje tylko dwa apartamenty ( trzeci jest w trakcie przygotowywań ) zapewniło to nam rodzinną atmosferę,  prywatny basen i letnią kuchnię z grillem.



Poniżej kilka kadrów z urokliwego Ariany, który stanowił naszą wakacyjną bazę wypadową.











Co jeść ? Jeśli jesteście miłośnikami owoców morza koniecznie musicie skosztować: paella marinara – ze świeżymi krewetkami, langustynkami, małżami, z kalmarami, kawałkami tuńczyka. Po prostu niebo w gębie.
Tapas to niewielkie przekąski najlepsze na przystawkę.
Tortilla i tu możecie być zaskoczeni, bo hiszpańska tortilla to omlet. Często z dodatkami w postaci krewetek, pomidorów czy ziemniaków. 
Einsamada to typowe ciasto produkowane na Majorce. Produkuje się je z mąki, wody, cukru, jajek oraz smalcu wieprzowego.  W smaku jest niezwykle puszyste i smaczne.
Moje ulubione: ciasto migdałowe znane i popularne nie tylko na Balearach. Ciasto z jajek i masy migdałowej.  Zajadałam się nim nieprzyzwoicie.





Katedra La Seu w Palma de Mallorca jest jedną z piękniejszych zabytkowych budowli Archipelagu Balearów. budowana od XIII wielu przez około 400 lat


Przepiękne miasteczko Port de Soller w północno- zachodniej części Majorki


piątek, 21 października 2016

Bułgaria i Rumunia 2016 relacja z podróży

Witajcie
W tym roku postanowiliśmy zmienić wakacyjny kurs wojaży. Wybraliśmy Bułgarię. Jako, że Rumunia od Bułgarii to prawie rzut beretem to postanowiliśmy połączyć jedno z drugim. Podróż rumuńską Trasą Transfogaraską marzyła mi się od dawna.
Wyruszyliśmy w sierpniowy, deszczowy wieczór. Pogoda nas nie rozpieszczała.  Słowacja i Węgry tonęły w deszczu, w Rumunii było trochę lepiej. Deszcz lał na zmianę z krótkimi przebłyskami słońca.










Kiedy wydawało nam się wreszcie, że pogoda się poprawia, gdy dotarliśmy do drogi Transfogaraskiej, kiedy wszystkie aparaty fotograficzne przygotowane na tę okoliczność były w pogotowiu to... Okazało się, że zamiast niesamowitych widoków widać tylko mgłę ( w zasadzie nic nie widać ).  Z naszych gardeł dał się słyszeć jęk zawodu, szczególnie z mojego. No cóż,  bywa. Chwilami mgła robiła się trochę rzadsza. Wtedy mój mąż zatrzymywał się a ja próbowałam sfotografować choć odrobinę rumuńskiego piękna.
Droga Transfogaraska została wybudowana w latach 70- tych za rządów Ceausescu, przecina Góry Fogaraskie. Wspina się na wysokość około 2000 m n.p.m.






Docieramy do ruin zamku Poenari, w którym mieszkał Wład Palownik. Do ruin można się dostać wspinając się po około 1500 stopniach. Większość trasy prowadzi przez las. Po okołu 700 stopniach miałam lekki kryzys, lecz patrząc na swoje dzieci, której jakby nigdy nic wspinały się dalej ( młodsza latorośl robiła to w podskokach ) zmobilizowałam się i parłam dalej. Ruiny można zwiedzać zapłaciwszy 5 lei. ( 1 lej to około 1 zł )
Widok zaparł mi dech w piersiach. Lasy, góry a wśród nich wijąca się,  niczym wąż,  droga. Spocona i zgrzana fotografowałam widoki, dopóki nie zaczął padać deszcz. A przed nami jeszcze droga w dół. Schodzenie umila mi myśl ( a raczej dwie ) pierwsza, że warto było się wspinać ( Ewa Chodakowska byłaby ze mnie dumna), druga, że zaraz przebiorę swoje mokre ubranie.





Nieodłączny rumuński widok- piękne kapliczki.



Wieczorem docieramy do Bran. Mamy tam zarezerwowany nocleg. Udajemy się na rekonesans po miasteczku. Oczywiście towarzyszą nam strugi deszczu. Zaczynamy się już do nich powoli przyzwyczajać.W restauracji zamawiamy tradycyjną transylwańską zupę ( 15 lei) oraz zupę Drakuli ( 15 lei )Okazują się być zupami z pomidorami i kawałkami mięsa. Bardzo smacznymi. Do tego pizza (35 lei) oraz tortilla z mięsem i warzywami ( 22 lei) Oczywiście wszystko sygnowane imieniem Drakuli.



Rano zaczynamy zwiedzanie zamku. Znowu pada. Kolejka do wejścia spora. W środku jeszcze tłoczniej. Ale warto wejść i zobaczyć. Choć Drakula w tym zamku nigdy się nie pojawił to i tak robi on duże wrażenie. Szczególnie spowity mgłą.




Omijamy szerokim łukiem stoiska z chińskimi pamiątkami i jedziemy dalej. Ruszamy w stronę Bukaresztu. Obwodnica miasta przypomina chwilami polną drogę z ogromnymi dziurami. Nic to, ważne, że jedziemy. Ups. Jednak stoimy w korku.
I oczywiście co ? Znowu pada deszcz.
Kilka godzin  później udaje nam się wyjechać z korka. Szukamy granicy, jest nieoznakowana droga, ale wszyscy jadą więc i my jedziemy. Przeprawiamy się przez most na Dunaju (przejazd płatny) Przekraczamy granicę Ruse- Giurgiu. Jesteśmy w Bułgarii.
Ps. Nie pada ale zimno (ok 16 stopni)


Zmrok już zapadł a my podążamy do naszego miejsca docelowego. Na bookingu zarezerwowaliśmy apartament w Hotelu Silver Beach Apart Complex. W miejscowości Bjała. Hotel mogę polecić z czystym sumieniem. Z hotelu do plaży dzieli nas tylko kilkanaście schodów w dół. Plaża jest piaszczysta, dość szeroka. W hotelu dostępne są dwa baseny, restauracja i siłownia. Nasz apartament składa się z dwóch sypialni, aneksu kuchennego ( wyposażonego w piekarnik, płytę grzewczą, toster, czajnik, mikrofalę i lodówkę ) oraz dwie łazienki. Apartament jest ogromny ( ma około 90 metrów ) klimatyzacja w każdym z pokoi, ogromny balkon. Wszystko pachnie nowością. Bardzo miła obsługa, mówiąca po angielsku.
Panie sprzątające codziennie do nas zaglądają. Co drugi, trzeci dzień zmieniają pościel i ręczniki.

 



Kilka dni później, gdy spenetrowaliśmy już dokładnie plaże oraz dno morskie to odwiedziliśmy największy na Bałkanach park wodny w Nessebarze. Park zajmuje przestrzeń około 46 tysięcy metrów kwadratowych. Fantastyczne zjeżdżalnie, dla najodważniejszych polecam kamikaze i tsunami.
Wstęp (cały dzień ) 40 BGN ( 1 lei to około 2 zł )



Po całodniowych wodnych atrakcjach wieczorem zaglądnęliśmy do miasteczka Nessebar. Ze względu na swoją wartość historyczną zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Warto zobaczyć średniowieczne cerkwie, ruiny murów obronnych i piękną zabytkową zabudowę mieszkalną.



Miasteczko oferuje bogate zaplecze kulinarne.
A co warto zjeść w Bułgarii ?
- Jako miłośniczka owoców morza często zamawiałam małże ( około 12 lei )
- Polecam ryby: grillowana makrela ( około 15 lei ), caca ( maleńkie rybki smażone w głębokim oleju), grillowana ryba blue fish.
- Tradycyjna  sałatka szopska (przypomina bardzo sałatkę grecką.) Zamiast sera feta jest w niej utarty ser szopski.
- kawarma gulasz podany w glinianym garnku
-kiufte, kebabcze- grillowane klopsy z mięsa mielonego
Do picia piwo: Zagorka, Kamenitza (2 leje)








Czy polecam wakacje w Bułgarii?
Tak z całą pewnością, jest tylko jedno małe ale ( no może dwa)
Swoje serce zostawiłam w Albanii i Grecji, a Bułgaria nie oczarowała mnie aż tak bardzo, żebym chciała tu jeszcze raz pojechać. Co innego Rumunia, tą chętnie odwiedziłabym raz jeszcze.
No i temperatury, ja jestem zwolenniczką i miłośniczką wakacji w temperaturze 35 stopni w górę. Tu było koło 27-28 stopni , i dość chłodne noce (18-19 stopni) Jak dla mnie trochę za zimno.

Pozdrawiam i wysyłam pozytywne wibracje

Kinga

piątek, 4 września 2015

Albania 2015 relacja z podróży

To był nasz drugi pobyt w Albanii. W zeszłym roku samotnie przecieraliśmy szlaki a w tym wybraliśmy się czternastoosobową wesołą bandą. Jak mówią: w grupie raźniej i tak było.
Wyruszyliśmy w poniedziałek wieczorem, do przejechania mieliśmy około 1660 km. Droga wiodła nas przez Słowację, Węgry, Serbię. Do Macedonii nad jeziorem Ochrydzkim, gdzie nocowaliśmy, dojechaliśmy we wtorek popołudniu. Hotel Mizo, w którym się zatrzymaliśmy mogę polecić w stu procentach.





Z obsługą w recepcji  bez problemu porozumiemy się w języku angielskim. Hotel oferuje klimatyzowane pokoje z łazienkami, basenem i śniadaniem. W środę około godziny dwunastej wyruszamy do Albanii a konkretnie do Himare, gdzie w willi Caliope mamy zarezerwowane apartamenty. (tu również dogadamy się po angielsku, radzę rezerwować apartamenty na pierwszym i drugim piętrze, te na parterze nie mają klimatyzacji)

Jadąc do Albanii trzeba być przygotować na:
- stada kóz i krów idących wzdłuż drogi a często przechodzących przez nią,
- bunkry wszelkich rozmiarów stanowiące stały element krajobrazu,
- niedokończone domy na których porozwieszane są maskotki ( mają odpędzać złe duchy ),
- totalny luz Albańczyków, jeśli przy drodze stoi stragan z owocami to żaden problem dla Albańczyka zatrzymać się przy nim, zrobić zakupy a przy okazji zakorkować ulicę,
- rondo, czy są znaki czy ich nie ma tu wszyscy jeżdżą tak jak im się podoba, trąbiąc przy tym niemiłosiernie. Albańczycy uwielbiają używać klaksonów.



Natomiast nieprawdą jest że:
- drogi są dziurawe, wręcz przeciwnie są zdecydowanie w lepszym stanie niż polskie.
- na poboczach zalegają hałdy śmieci.
- jest niebezpiecznie
- można spotkać Popka ( z Gangu Albanii), nikt z rdzennych Albańczyków o nim nie słyszał.

Aby dotrzeć do Himare musimy przejechać przez przełącz Llogara, która leży na wysokości 1010 m n.p.m. Widoki zapierają dech w piersi. Wydaje się, że Góry Lungarë wpadają do morza jońskiego.



Mijamy Vlorę,  Orikum, Dhermi, Vuno i docieramy do Himare. Nasza willa znajduje się w starej części Himare z piękną plażą Livadi.




 Co w tym roku zobaczyliśmy:
- plażę Gjipe ( trzydziestominutowe schodzenie po kamienistej dróżce rekompensują nam przepiękne widoki), gorzej niestety wygląda trzydziestominutowy powrót do góry.






-Gjirokastra czyli miasto tysiąca schodów oraz dachów pokrytych łupkami skalnymi.
znajduje się tu wpisana na listę UNESCO twierdza, w której znajdziemy wystawę militariów.





-  źródełko Blue Eye (Syri Kalter),o turkusowej, lodowatej wodzie.


 Ceny:
Albańską walutą są leki. Około 137 leków to jedno euro.
- chleb- 100 leków
- piwo w puszcze Tirana 150 leków
- woda 2 l. 200 leków
- ryba grillowana (lavrak, koca) około 800 leków
- małże (midhje), krewetki (karkalec), kalmary, ośmiornica około 700-800 leków
- frytki (patate zgare) 200 leków
 - sałatka 200-400 leków
- pizza od 400 do 900 leków


Pozdrawiam zza aparatu
Kinga




wtorek, 16 września 2014

Moja Albania część I

Witajcie
Chyba się zakochałam....
W błękicie morza jońskiego, w szerokiej, nieomal pustej plaży Borsch, w górach zdających się wpadać do morza, w ciepłych, serdecznych i uśmiechniętych ludziach. 
Taka jest moja Albania, taką ją zapamiętam, może do przyszłych wakacji.
Jechaliśmy samochodem przez Słowację, Węgry, Serbię, Macedonię ( nocowaliśmy nad jeziorem ochrydzkim)
Rano obudził nas taki bajkowy widok .
 
 


 Po pysznym śniadaniu ( min. świeży ser feta, oliwki, jajecznica z pomidorami i papryką, soczyste melony i arbuzy ) ruszyliśmy w stronę Albanii.





Po przekroczeniu granicy droga zaczyna robić się coraz bardziej kręta. Dojeżdżamy do przełęczy Llogara, która leży na wysokości około 1000 m n.p.m. Nawierzchni możemy Albańczykom tylko pozazdrościć. Samochód wspina się mozolnie po górskich, krętych serpentynach. Ja z aparatem w dłoni fotografuję jak szalona, aby uchwycić jak najwięcej. Choć droga jest wąska to na poboczach widzimy sprzedających miód, owoce i zioła. 
Kolejny zakręt i jeszcze jeden, Gabi piszczy i woła, że czuje się niczym w kolejce górskiej.


Wreszcie ukazuje się naszym oczom błękitne i lekko zamglone morze jońskie.


Kierunek- cicha i spokojna miejscowość Borsch.
Szeroka i długa plaża przy naszym hotelu jest praktycznie pusta.
Obok sklep spożywczy, stragan z owocami, kilka knajpek.
Wszystko czego nam potrzeba.






 O Albanii mówi się, że jest to kraj bunkrów i mercedesów.  Bunkrów widziałam zdecydowanie mniej niż mercedesów.


 W kolejnym poście pokażę co zwiedziłam i co przywiozłam.
                                         Pozdrawiam